Przepis na kawę a la Matka

– Mamo, a co ty tam nalewasz?
– Kawę.
– Z garnka???
No, właśnie…

Przepis na kawę a la (Królowa) Matka
Wsyp do filiżanki kawę. Dolej syropu klonowego, żeby zamaskować smak, bo kawy nie lubisz, tylko jesteś nieprzytomna po trzech ostatnich nocach, podczas których syn budził się co godzinę, żeby sprawdzać, czy nadal potrafi powiedzieć gagaga-dada i czy zbliżył się chociaż o cal do zdobycia tytułu Mistrza Raczkowania 2016… Zaraz, ta kawa… Zalej wrzątkiem, dolej mleka kokosowego, bo innego w lodówce nie ma, a poza tym może kokosowe lepiej zamaskuje smak kawy. Odstaw na pół godziny, bo syn stwierdził, że musi dostać mleka właśnie teraz, a potem córka zaliczyła wpadkę okołonocnikową. Po pół godzinie przelej zimną kawę do rondelka i podgrzej. Nalej do filiżanki, spróbuj, żeby dowiedzieć się, że płyn nadal smakuje jak zwykła, ale chociaż ciepła, kawa. Pobiegnij do płaczącego dziecka. Po pół godzinie wróć do kuchni i wypij zimną, wyobrażając sobie, że wrzucasz do niej kulkę lodów śmietankowych, których nie możesz jeść, bo dziecko nie toleruje nabiału w twojej diecie.
I jak? Prawie shake, prawda?

Rozmówki domowe cz. 2

(Isia, 34 miesiące)

Matka:  Zjadłaś swoją bułeczkę?
Isia:  Tak. I wytrąbałam wszystkie okruszki.

*

I:   Mamo, jestem bardzo głodna.

M: I co robimy w związku z tym?
I:   Kaszki.
M: Jakiej kaszki?
I:   Jadającej.
M: A jaka to jest kaszka jadająca?
I:   Ty ją gotujesz, a ja ją zjadam.

*

Gucio z zapałem je kalafiorka zakamuflowanego marchewką w postaci słoikowej papki.
M: Ciekawe czy zjadłbyś też brokułka, jakby go wymieszać z marchewką.
I:   Ale on już dawno jadł brokułka! (pamięć jak mały komputer)
M: Tak, ale mu nie smakował.
I:   Ale może następnym razem będzie mu smakował. Jak będzie większy. Nie taki ciamkający się brokuł, tylko taki gryziący się brokuł…*

Ojciec łaskocze Gucia.
I: Tata, nie baw się dzieckiem. Nie baw się dzieckiem! Czy ty mnie słyszysz? Puść dziecka! Gucio nie jest do bawienia.
T: A do czego jest Gucio?
I: Do zmieniania pieluchy i na spacery.

*

I: Tata, chodź coś zmajstrować.
T: Nie mogę teraz, bo muszę pozmywać.
I:  Albo możesz teraz pójść coś zmajstrować, a później sobie pozmywasz.

*

M: Isiu, czy możesz nałożyć kotom suchą karmę?
I: Mamo, czy ty chcesz, żeby Klementyna zjadła dużo i pękła potem jak balon?
M: Zdecydowanie nie chcę.
I: A czy chcesz, żeby Zula pękła jak balon? Na pewno też zdecydowanie nie chcesz.

*

M: Wyłączamy bajki?
I: Tak, bo jestem już naoglądana!

*

M: Isiu, pomożesz mi zrobić ciasto?
I: Tak! Jestem bardzo z tego powodu zachwycona! Tylko znajdę sobie śliniaczek, żebym się nie ubrudziła. Tobie też pewnie się przyda. Mamo, jaki chcesz śliniaczek? Może ten, bo tu jest bardzo piękny miś… (Wyciąga śliniak z niedźwiadkiem). Widzisz, nawet jest uśmiechnięty.

Każdy ma takie Walentynki, na jakie zasłużył

Nasze zasługi dla świata są, jak widać, wątpliwe.

Ojciec ciężko zakatarzony. Matka w trybie mombie (mum+zombie), stara się nie podłapać przeziębienia. Książniczka w nastroju jęczybułowym („jest mi smutno, bo nikt nie przychodzi i nie mam się z kim bawić” – rodzice się nie liczą przecież) i dlaczegowatym („dlaczego? dlaczego? DLACZEGO?”). Ale za to Gucio wyhodował wreszcie dwie dolne jedynki, na które czekaliśmy od półtora miesiąca. Wyglądaliśmy ich niecierpliwie bardzo, dniami i nocami. Matka głównie nocami. W końcu wyszły, a Gucio całą niedzielę był wzorcowym słodkim bobasem, turlał się spokojnie po kojcu, z zapałem waląc grzechotką o pręty, prezentując w pocie czoła wypracowane czworaki i rozkosznie wołał, że „Ga!”. Wszystko było dla niego”Ga!” dzisiaj.

W sumie Walentynki uważamy za udane.

Książniczka czyta – GRAAAAAAUUUUUUUŁRRRR

Trochę sobie ta książka postała na półce, zanim Isia do niej dorosła, ale Matka po prostu musiała ją kupić, bo Matka uwielbia ilustracje Benjamina Chauda. Chaud zilustrował m.in. serię o Pomelo, trylogię o rodzinie Aiszy, Lalo, Babo i Binty, dwie książki o Uno i Matim oraz „Żegnaj, Skarpetko” i „Wierzcie w Mikołaja” (ta ostatnia dla nieco starszych dzieci i jeszcze jej nie mamy). Wszystkie wydało moje ulubione wydawnictwo Zakamarki. Kolejne trzy książki opublikowało Wydawnictwo Dwie Siostry, w tym właśnie „Misiową piosenkę”.

Tuż przed zapadnięciem w sen zimowy mały niedźwiadek dostrzega pszczołę, a jak wiadomo, gdzie pszczoły – tam miód. Niedźwiadek porzuca bezpieczne miejsce u boku śpiącego taty, żeby ruszyć za pszczołą w pogoń, zaś Tata Niedźwiedź musi zostawić cieplutkie miejsce w gawrze, żeby z kolei gonić za synkiem. Ta podwójna gonitwa zaprowadzi ich do wielkiego miasta, na ruchliwe ulice, do zatłoczonych budynków, a w końcu… na scenę.

Mnóstwo w tej książce szczegółów, można ja naprawdę długo oglądać, a znalezienie Niedźwiadka i jego pszczoły może zająć sporo czasu nawet dorosłym czytelnikom. Na uważnych oglądaczy czekają niespodzianki, np. spomiedzy drzew wyskakują bohaterowie inej książki Chauda, czyli „Żegnaj, Skarpetko”, o, tu:

IMG_3793

Ilustrator (a zarazem Autor) to postać tej klasy, że każdą jego książkę można kupować  ciemno, wystarczy wybrać odpowiednią chwię 😉 Wydawnictwo określiło kategorię wiekową na 3+ i u nas właśnie okolice trzech latek to idealny moment na „Misiową piosenkę”.

Benjamin Chaud
Misiowa piosenka
tłum. Jadwiga Jędryas
Wydawnictwo Dwie Siostry
Warszawa 2013

Sceny z życia

Dziś rano stworzyliśmy spontaniczną instalację artystyczną na wzór Grupy Laokoona. Tłem sceny było rodzicielskie łóżko. Po lewo (w nogach) córka w ferworze leczenia pluszowej krowy – wokół rozrzucone malowniczo plastikowe, kolorowe medyczne akcesoria. Niesubordynowana krowa podskakuje w pościeli na jednej nodze, śmiejąc się iście szatańsko (podkład dźwiękowy by Isia). Po prawej (w głowie łóżka) w swoim łóżeczku, syn dochodzi do nagłego i całkiem niespodziewanego wniosku, że jest morderczo głodny i trzeba o tym natychmiast powiadomić całe osiedle, więc zaczyna wydawać z siebie dramatyczny wrzask i ronić obfite łzy, nie przestając jednakże ćwiczyć z pełnym zaangażowaniem stawania na czworakach. Pośrodku instalacji matka, w koszuli rozchełstanej na wzór Rejtana, z kubkiem gorącej herbaty w dłoniach (rzadki widok), przygwożdżona do podłoża przez kota, który potrafi mistrzowsko przyjmować formę półpłynną. Jak chce gdzieś leżeć, ale tak po kociemu CHCE, to nie ma przebacz, nie da się podnieść, bo przelewa się przez palce, a początek i koniec kota zawsze pozostają w tym samym miejscu. Matka wydaje z siebie rozpaczliwe okrzyki „Klementyna, złaź w tej chwili!”, wijąc się jak rzeczony Laokoon, ale ma gorzej, bo próbuje nie rozlać tej drogocennej herbaty.

Laocoon_Pio-Clementino_Inv1059-1064-1067.jpg

Happening w pełni – kobieta krzyczy, kot miauczy, krowa się śmieje, dziecko płacze – a gdzie jest Ojciec? Jest i Ojciec, w ramach bonusu, wypada półgoły z łazienki, radosny jak szczygiełek, ale dopiero po usłyszeniu okrzyku Matki: „Schodź natychmiast, bo muszę nakarmić krówkę!”

Kurtyna.

Podsumowanie – styczeń 2016

Pod względem literackim początek roku wypada nadzwyczaj blado. Przegrzebałam swoje wymemłane, niewyspane szare komórki, próbując przypomnieć sobie tytuły książek, które przeczytałam w styczniu i – o wstydzie – wychodzi na to, że w sumie nie przeczytałam żadnej. Nie licząc wesołych tomów o krówce Matyldzie i spółce. Żadnej powieści dla dorosłych. W grudniu zaczęłam „Muskając aksamit” Sarah Waters i nadal ją czytam, co oznacza, jak łatwo się domyślić, że książka mnie nie zachwyciła. „Złodziejkę” tej Autorki połknęłam ongiś w dni trzy. A może nawet w dwa lub jeden, bo to były te szczęśliwe bezdzietne czasy, kiedy mogłam usiąść rano do lektury i nie odrywać się do ostatniej strony. Ta powieść nie jest zła, ale jakoś nie bardzo interesuje mnie przyszłość bohaterki, więc jak mam cudem jakąś wolną chwilę, to książka przegrywa z innymi rozrywkami (zmywaniem na przykład, haha).

Przeczytałam za to poradniki, dwa, niedotyczące macierzyństwa (bo o tych będę pisać w osobnych wpisach, podsumowania miesiąca służą tylko mojej prywacie, niezwiązanej z byciem rodzicem). Oba autorstwa blogerek, ale to przypadek. Oba dotyczące mody i stylu – to nie przypadek (tak, panom już dziękujemy, zachęcamy do zerknięcia na część filmową, poniżej).

Dojrzałam wreszcie do całkowitego remanentu w szafie, bo przez ostatnie trzy lata zalęgły się w niej dziwne rzeczy. Nie, nie robactwo, ubrania jakieś takie… Mam wrażenie, że nic innego nie robiłam przez ostatnie 40 miesięcy, tylko tyłam i chudłam. Kwiecień 2013  to ok. 80 kg (tuż przed porodem), kwiecień 2014, po roku karmienia, ok. 50 kg (rozmiar XS, który nadał mi interesujący look kobiety głodzonej przez męża), a potem druga ciąża i powtórka z rozrywki, obecnie waga pikuje ostro w dół i nie wiem, jak ją powstrzymać, bo skrajnego wychudzenia chciałabym jednak uniknąć. W okresie takich skoków wagi, ze świadomością tymczasowości moich gabarytów, nie bardzo miałam chęć inwestować w garderobę i w rezultacie mój zestaw ubrań jest tak bardzo przypadkowy, że nie zasługuje nawet na określenie „zestaw” 😉 Większość w nieodpowiednim rozmiarze. W dodatku prowadzę teraz zupełnie inny tryb życia niż kilka lat temu, a śmiem wręcz twierdzić, że jestem inną osobą niż kilka lat temu, więc czuję potrzebę zdefiniowania stylu na nowo. „Modową rewolucję” zaczęłam od czytania książek na temat (w sumie wszystko w życiu zaczyna od czytania książek na temat, być może dlatego, że każdy pretekst, żeby poczytać, jest dobry…). Nadal nie doszłam do etapu drastycznych porządków we własnej szafie, bo paskudniki małe nie dają mi chwili wytchnienia, ale zapał mam olbrzymi, a po lekturach jeszcze większy nawet.

Osobom z podobnym problemem mogę spokojnie obie książki polecić, najlepiej przeczytać rzeczywiście obie, bo dobrze się uzupełniają. Autorka „Slow fashion” stawia na definiowanie własnego stylu (i doskonale podpowiada, jak to robić) w opozycji do często pojawiających się w gazetach list must-have, 10-ubrań-bez-których-nie-przeżyjesz-nawet-tygodnia itp. Nie tylko ja miałam wrażenie, że tego typu listy są pozbawione sensu, bo po prostu wcale nie są uniwersalne – nawet mała czarna nie każdemu się przyda, bo nie każdemu dobrze w czerni. Z kolei „Elementarz stylu” stawia na konkretny styl: prosty, klasyczny, elegancki, dość minimalistyczny, taki, który mnie akurat bardzo odpowiada. Obawiam się jednak nieco wysypu kobiet-klonów w sweterkach w marynarskie paski i granatowych żakietach (żart taki), więc postaram się nie kopiować zestawów zbyt wiernie. Autorka przedstawia nieszczęsne listy konkretnych zakupów, które w moim przypadku zostały ostro zmodyfikowane (byłam na szczęście już po lekturze „Slow fashion”), ale stanowiły dobrą inspirację, więc nie narzekam. Ta książka jest bogato ilustrowana zdjęciami Autorki, zresztą w ogóle jest bardzo przyjemnie wydana. Treść obu w moim przypadku okazała się bardzo pomocna, na pewno będę w najbliższym czasie do nich wracać.

 

Filmowo styczeń wypadł nieco lepiej, chociaż szaleństwa ilościowego też nie uświadczycie.

Do kina dotarłam raz (aż raz, dodajmy) na Cyrk Latających Flaków Quentina Tarantino, czyli na film „Nienawistna ósemka”, który gorąco polecam, ale tylko fanom reżysera. Reszcie na własną odpowiedzialność. Ja do tej rzeźni musiałam dorosnąć (po trzech latach zmieniania pieluch jestem mniej brzydliwa, ahaha). Żeby nie było, bardzo mi się podobało. Bardzo. Bardzo bardzo minus te flaki jednak. Mam wrażenie, że Tarantino nigdy nie przeskoczy pewnego poziomu, bo musi w każdym filmie porzucać jelitami, żeby nie rozczarować wielbicieli. Więc będzie się na tych wątpiach potykał, że tak to obrazowo ujmę… Jak wybrnąć z bardzo interesująco zagmatwanej, pulsującej napięciem, sytuacji? No, proszę państwa, nie mamy wyboru, nazwisko Tarantino zobowiązuje, broń do łapy i strzelamy…Nie ma, że jakiś niespodziewany zwrot akcji – zwrot owszem, ale jak najbardziej spodziewany przez wszystkich świadomych, na co przyszli do kina.

Ale poza tym – zdjęcia bajka, bohaterowie dopracowani w każdym calu, fenomenalnie zagrani, dialogi doskonałe, a ja jeszcze fanką westernów jestem, więc wcale się czepiać nie będę, tylko gorąco zapraszam na seans.

 

Udało nam się też obejrzeć bardzo dobry serial – na szczęście krótki, jeden sezon, siedem odcinków. (Takie czasy nastały, że człowiek się cieszy, jak dobry serial jest krótki, bo inaczej oglądałby i oglądał przez miesiąc – jeden odcinek to nam czasem dwa wieczory zajmuje, a nie każdy wieczór można poświęcić serialowi). „Tajemnice Laketop” z 2013 r., w reżyserii Jane Campion, nie wiem, jak to się stało, że wcześniej o nim nie słyszałam. Jest doskonały, a mimo standardowego punktu wyjścia (zaginięcie młodej dziewczyny), zupełnie nie przypomina innych seriali, może za sprawą nietypowego miejsca akcji, czyli małego miasta w Nowej Zelandii. Krajobrazy zapierają dech.

Detektyw Robin Griffin powraca do rodzinnego miasteczka, żeby spędzić czas z ciężko chorą matką. Jej pobyt wydłuża się jednak i zmienia cel, kiedy znika dwunastolatka o egzotycznej urodzie i imieniu, Tui Angel Mitcham. Dodajmy – ciężarna dwunastlatka i córka miejscowego bossa narkotykowego. W dodatku Robin musi się zmagać z własną pogmatwaną przeszłością, przed którą kiedyś uciekła, oraz przyciężkimi zalotami szefa policji (w tej roli Faramir z „Władcy pierścieni”). Klimat całości przypomina raczej skandynawskie kryminały niż amerykańskie thrillery, a i bohaterowie są mało typowi dla kina rodem ze Stanów – nie wszystko jest wyjaśniane od A do Z, niektóre zachowania bohaterów z dalszego planu pozostają niejasne. Choć podobno ma wyjść drugi sezon, może tam wszystko „po amerykańskiemu” dopowiedzą…

 

Dla porządku zapisuję, ze obejrzeliśmy jeszcze francuską adaptację „Pięknej i bestii”, ale nie polecam. Z francuskim kinem mi nie bardzo po drodze, a w tym filmie dramatycznie brakowało mi logiki poczynań bohaterów. Baśń baśnią, ale jednak niektóre fragmenty mnie raziły brakiem sensu. Zdjęcia malownicze, Vincent Cassel i nowa narzeczona Bonda w rolach głównych, tyle zapamiętałam.

christophe_gans__la_belle_et_la_bete_16_9_hd_wall_by_gloripeace-d6ws0kd.jpg

Książniczka czyta – Najlepsza lektura na Dzień Dziadka

Jedna z naszych najpiękniejszych i najbardziej ukochanych książeczek to „Lato Stiny” Leny Anderson, wydana przez nieocenione wydawnictwo Zakamarki. Szkoda, że nie udało mi się wcelować wpisem w Dzień Dziadka, bo to po prostu idealna lektura na to święto, a mam wrażenie, że dziadek jest postacią zdecydowanie zbyt często pomijaną w dziecięcej literaturze.

Mała Stina spędza wakacje w domku dziadka na wyspie. Dom dziadka jest mały, drewniany i przytulny, a życie w nim pełne prostych przyjemności. Chodzenie na bosaka po trawie i przybrzeżnych głazach, zbieranie tego, co wyrzuciło morze (to pasja Stiny, którą dziadek nazywa poszukiwaczką skarbów). Wspólne wyprawy łódką, wspólne posiłki, wspólne rytuały. Podziwianie sztormu (uwaga! w takich chwilach lepiej nie być samemu!) i wizyty u sąsiada obdarzonego bogatą wyobraźnią (nie przypadkiem zwanego Bujdą). Każdy dzień jest przygodą.

IMG_3784

Piękna jest tu i forma, i treść. Nastrojowe ilustracje w błękitnej tonacji oglądam za każdym razem z takim samym zachwytem, tchną spokojem. Każda z nich zajmuje dwie strony, więc maluchy też mają co podziwiać.

Grupa wiekowa odbiorców wg wydawnictwa to 3+, ale my zaczęliśmy czytać dużo wcześniej, chyba jakoś wkrótce po drugich urodzinach, od pierwszego opowiadania o sztormie, które wydawało mi się prostsze. Książka od razu trafiła na naszą prywatną listę ulubieńców i nie schodzi z niej do dziś. Na szczęście to jedna z tych wyjątkowych książek, które Matka jest w stanie czytać sześć razy jednego dnia, i nie ma ochoty wyrzucić lektury za okno…

Lena Anderson
Lato Stiny
tłum. Agnieszka Stróżyk
Zakamarki
Poznań 2013

Lena Anderson ilustrowała także Rok z Linneą oraz Linnea w ogrodzie Moneta, obie lektury urocze, ale już dla starszych dzieci.