Przepis na kawę a la Matka

– Mamo, a co ty tam nalewasz?
– Kawę.
– Z garnka???
No, właśnie…

Przepis na kawę a la (Królowa) Matka
Wsyp do filiżanki kawę. Dolej syropu klonowego, żeby zamaskować smak, bo kawy nie lubisz, tylko jesteś nieprzytomna po trzech ostatnich nocach, podczas których syn budził się co godzinę, żeby sprawdzać, czy nadal potrafi powiedzieć gagaga-dada i czy zbliżył się chociaż o cal do zdobycia tytułu Mistrza Raczkowania 2016… Zaraz, ta kawa… Zalej wrzątkiem, dolej mleka kokosowego, bo innego w lodówce nie ma, a poza tym może kokosowe lepiej zamaskuje smak kawy. Odstaw na pół godziny, bo syn stwierdził, że musi dostać mleka właśnie teraz, a potem córka zaliczyła wpadkę okołonocnikową. Po pół godzinie przelej zimną kawę do rondelka i podgrzej. Nalej do filiżanki, spróbuj, żeby dowiedzieć się, że płyn nadal smakuje jak zwykła, ale chociaż ciepła, kawa. Pobiegnij do płaczącego dziecka. Po pół godzinie wróć do kuchni i wypij zimną, wyobrażając sobie, że wrzucasz do niej kulkę lodów śmietankowych, których nie możesz jeść, bo dziecko nie toleruje nabiału w twojej diecie.
I jak? Prawie shake, prawda?

Reklamy

Każdy ma takie Walentynki, na jakie zasłużył

Nasze zasługi dla świata są, jak widać, wątpliwe.

Ojciec ciężko zakatarzony. Matka w trybie mombie (mum+zombie), stara się nie podłapać przeziębienia. Książniczka w nastroju jęczybułowym („jest mi smutno, bo nikt nie przychodzi i nie mam się z kim bawić” – rodzice się nie liczą przecież) i dlaczegowatym („dlaczego? dlaczego? DLACZEGO?”). Ale za to Gucio wyhodował wreszcie dwie dolne jedynki, na które czekaliśmy od półtora miesiąca. Wyglądaliśmy ich niecierpliwie bardzo, dniami i nocami. Matka głównie nocami. W końcu wyszły, a Gucio całą niedzielę był wzorcowym słodkim bobasem, turlał się spokojnie po kojcu, z zapałem waląc grzechotką o pręty, prezentując w pocie czoła wypracowane czworaki i rozkosznie wołał, że „Ga!”. Wszystko było dla niego”Ga!” dzisiaj.

W sumie Walentynki uważamy za udane.

Sceny z życia

Dziś rano stworzyliśmy spontaniczną instalację artystyczną na wzór Grupy Laokoona. Tłem sceny było rodzicielskie łóżko. Po lewo (w nogach) córka w ferworze leczenia pluszowej krowy – wokół rozrzucone malowniczo plastikowe, kolorowe medyczne akcesoria. Niesubordynowana krowa podskakuje w pościeli na jednej nodze, śmiejąc się iście szatańsko (podkład dźwiękowy by Isia). Po prawej (w głowie łóżka) w swoim łóżeczku, syn dochodzi do nagłego i całkiem niespodziewanego wniosku, że jest morderczo głodny i trzeba o tym natychmiast powiadomić całe osiedle, więc zaczyna wydawać z siebie dramatyczny wrzask i ronić obfite łzy, nie przestając jednakże ćwiczyć z pełnym zaangażowaniem stawania na czworakach. Pośrodku instalacji matka, w koszuli rozchełstanej na wzór Rejtana, z kubkiem gorącej herbaty w dłoniach (rzadki widok), przygwożdżona do podłoża przez kota, który potrafi mistrzowsko przyjmować formę półpłynną. Jak chce gdzieś leżeć, ale tak po kociemu CHCE, to nie ma przebacz, nie da się podnieść, bo przelewa się przez palce, a początek i koniec kota zawsze pozostają w tym samym miejscu. Matka wydaje z siebie rozpaczliwe okrzyki „Klementyna, złaź w tej chwili!”, wijąc się jak rzeczony Laokoon, ale ma gorzej, bo próbuje nie rozlać tej drogocennej herbaty.

Laocoon_Pio-Clementino_Inv1059-1064-1067.jpg

Happening w pełni – kobieta krzyczy, kot miauczy, krowa się śmieje, dziecko płacze – a gdzie jest Ojciec? Jest i Ojciec, w ramach bonusu, wypada półgoły z łazienki, radosny jak szczygiełek, ale dopiero po usłyszeniu okrzyku Matki: „Schodź natychmiast, bo muszę nakarmić krówkę!”

Kurtyna.