Majówka ze Słoniem i Mrówką

Uwaga, lektura tej książki ma groźne skutki. Czytelnik zaczyna wszędzie widzieć słonie.

Widzicie tu słonia? Nie?IMG_20160510_102336 (2)

 

Ja widzę.

IMG_20160510_102352 (2)

Dla wielbicieli purnonsensu to pozycja obowiązkowa. Las stworzony przez Tellegena zaludniają zwierzaki – co niby oczywiste, ale tylko niby. Ich dobór jest dość swobodny, obok jeża i wiewiórki mamy słonia, nosorożca, lwa i ośmiornicę. Warunki pogodowe bywają niepokojące- wiatr potrafi tak wiać, że odwiewa słoniowi trąbę („z trudnością utrzymał przy sobie uszy” s. 98)

Co więcej, słoń ma tu te same rozmiary co mrówka, a mrówka, co wiewiórka. Wiewiórka i mrówka to zresztą najlepsze przyjaciółki. Kiedy mrówka choruje, wiewiórka odwiedza ją i zapewnia, że jest bardzo dzielna. A kiedy jest zdrowa, straszy ją pytaniem o to, czy nie sądzi, że one kiedyś się skończą…

IMG_20160510_102559

Słoń zresztą też przyjaźni się z wiewiórką i przychodzi do niej huśtać się na lampie. Właśnie tak. I za każdym razem, kiedy przelatuje nad stołem, macha do niej i woła – Wiewiórko! Kiedy indziej spacerują po lesie, gęsiego, a wiewiórka pilnuje, żeby słoń nie wpadał na drzewa (zadziwiająco lubi rozbijać się o różne rzeczy „czy bez zderzania się wciąż jestem jeszcze sobą? – zastanawiał się” (s. 106)).

Jest też w lesie żółw, który marzy o tym, żeby zaryczeć (choć w sumie nie jest pewien, czy jest aby na pewno żółwiem) oraz jeż, który chce zawisnąć jak słońce. Konik polny próbuje przeskoczyć wszechświat (co zresztą mu się udaje), a jeż pisze list, choć zna tylko literę W – „pozostałe litery wydawały mu się nieporęczne i raczej bezużyteczne” (s. 76). Krótkie migawki z życia dziwnych mieszkańców lasu zajmują po 2-3 strony, są doskonałe do czytania z doskoku. Podobno to książka dla dzieci, ale nie bardzo w to wierzę. Myślę, że to książka dla mnie 🙂 (Asiu, dziękuję!)

IMG_20160510_102457

Toon Tellegen, Nie każdy umiał się przewrócić, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2013, tłum. Jadwiga Jędryas, ilustr. Ewa Stiasny

Reklamy

Przyszłościowo – Dwie wizyty w tajemniczym ogrodzie.

Dobra literatura dla dzieci to przede wszystkim dobra literatura, adresat jest sprawą drugorzędną. Nie jest pisana „pod dzieci”, tak żeby młody czytelnik na pewno wszystko pojął, żeby jakiś temat nie był dla niego zbyt trudny, zbyt traumatyczny, nieodpowiedni, bohaterowie nie są celowo uproszczeni, żeby mały czytelnik nie miał problemu z odczytaniem ich intencji. Dzięki temu młody czytelnik 30+ ma taką samą frajdę z lektury, jak czytelnik dziesięcioletni.
Takie wnioski nasunęły mi się z lektury starego dobrego „Tajemniczego ogrodu” i jego współczesnej kontynuacji, czyli „Powrotu do tajemniczego ogrodu” Holly Webb.

IMG_4122.jpg

„Tajemniczy ogród” został wydany w 1910 r., najpierw w odcinkach, w roku następnym już jako całość, i przez wiele lat pozostawał w cieniu innych książek F.H. Burnett, przede wszystkim „Małego lorda”, uważanego za najważniejsze dzieło pisarki. Pod koniec XX w. nikt nie miał już jednak wątpliwości, że „Tajemniczy ogród” jest obowiązkową pozycją na liście najważniejszych książek dla dzieci.

Opisana w powieści historia małej Mary Lennox rozpoczyna się w indyjskich koloniach, upalnych i gwarnych, żeby przenieść się na opustoszałe yorkshirskie wrzosowiska. Mała Mary zostaje osierocona w dziesiątym roku życia i odesłana z kolonii do domu swego nieznanego wuja w Yorkshire. Jedyne, czego się o nim dowiaduje, to że mieszka on w ogromnym domu o stu zamkniętych pokojach, jest garbaty, niechętny ludziom, odkąd zmarła jego ukochana żona, oraz że na pewno nie będzie się nią zajmował. Inne dziecko pewnie wpadło by w rozpacz, usłyszawszy takie wieści, ale Mary, wiecznie skwaszona, antypatyczna dziewczynka, chce tylko, by zostawiono ją w spokoju – choć odnalezienie się w rzeczywistości, w której wyręczającą ją we wszystkim indyjską nianię zastępuje hoża angielska dziewczyna, która przywykła mówić, co myśli, nie jest wcale proste. Nuda dziecinnego pokoju, całkiem pozbawionego zabawek, skłania ją do wyjścia do ogrodów, zwłaszcza że kryje się tam tajemnica – jeden z nich, piękny, kwiatowy, porośnięty różami ogród zmarłej pani Craven, pozostaje zamknięty od dziesięciu lat. Furtki w murze brak, klucz też dawno ukryto. Kiedy przy pomocy wszędobylskiego rudzika, Mary udaje się odnaleźć ogród, zaczynają dziać się dobre czary – wraz z wiosną, przemiana następuje nie tylko na grządkach, ale także w głowie i sercu Mary oraz w całym domu Cravenów – który zresztą skrywa jeszcze jedną tajemnicę.

Historię tajemniczego ogrodu czytałam wiele razy w dzieciństwie, wróciłam do niej po dwudziestu latach i jestem tak samo zachwycona. Nie zmieniłabym w niej nawet słowa. To pozycja obowiązkowa na półce moich dzieci. Czary, które odprawia natura oraz Mary, Dick i Colin, nadal sprawiają, że mam ochotę wybiec z domu i odetchnąć pachnącym wiatrem wrzosowisk, a potem przekopać kilka grządek 😉 I mam ochotę wracać do tej historii, jeszcze i jeszcze raz. Z zapałem sięgnęłam więc po kontynuację, napisaną przez Holly Webb, brytyjską autorkę licznych książek dla dzieci. Efekt był dość średni, powieść czyta się letnio, bez bólu, ale i bez zachwytu. Jest to już zdecydowanie literatura dla dzieci, a nie po prostu dobra literatura. Dziesięciolatki powinny być zadowolone, ale dorosły czytelnik dostrzeże wszystkie niedociągnięcia, zwłaszcza zbyt mocne ściąganie z oryginału oraz schematyczność akcji i postaci.
Akcja rozgrywa się trzydzieści lat po pierwowzorze, na początku drugiej wojny światowej. Emmie Rose jest sierotą. Ze względu na bliski wybuch wojny cały sierociniec zostaje ewakuowany do Yorkshire, do wielkiego domu państwa Cravenów. Emmie jest zrozpaczona, bo musi zostawić w Londynie kotkę, którą oswoiła, jedyne stworzenie na świecie, które kocha. Rozpacz początkowo przesłania jej cały świat, ale powoli zaczyna czuć się lepiej w swym nowym miejscu pobytu, zwłaszcza, kiedy odnajduje w szufladzie pamiętniki małej Mary Lennox i trafia do dawnego tajemniczego ogrodu, który wydaje się opustoszały. Czy dobre czary, które w nim drzemią, odmienią także jej los?

W oryginale mamy bohaterów z krwi i kości. Mary, dziecko uroczej, uwielbianej przez wszystkich matki – ale dziecko przez tę matkę niechciane, wychowywane tak, żeby jej nie przeszkadzało, przez ustępującą jej we wszystkim służbę, wyrasta na prawdziwego rozkapryszonego potwora. Nie ustępuje jej kuzyn Colin, mały despota, którego żądania wszyscy muszą spełniać, bo inaczej doprowadza się do histerii, która z kolei wywołuje u niego chorobę. Ale to też w środku małe wystraszone dziecko, przekonane, że ojciec go nie kocha, ona sam niedługo umrze, a jeśli nie to będzie garbaty, co wydaje mu się równie straszne jak śmierć. Pan Craven – zasklepiony w swoim bólu i żałobie, nie dostrzega, że czyni tym nieodwracalną krzywdę synowi. Nie jest złym ojcem, ale – jak pisze Autorka – po prostu wcale nie chce być ojcem. Nawet drugoplanowi bohaterowie nie są zarysowani byle jak. Gospodyni, pani Medlock, nie jest czarnym charakterem (wbrew temu, co zrobiła z nią w ekranizacji Agnieszka Holland), ale kobietą, która nie lubi zajmować się dziećmi i cieszy się, kiedy te nie wchodzą jej w drogę. Lekarz Colina jest zarazem jego wujem, więc odziedziczy majątek Cravenów, jeśli Colin umrze – ale tu też Burnett nie idzie na łatwiznę, czyniąc z niego czarny charakter – doktor Craven majątkiem by nie pogardził, ale jednocześnie nie chce krzywdy chłopca. Itd.

Holly Webb bardzo wyraźnie „ściąga” z pierwowzoru – bohaterka jest w tym samym wieku, także jest sierotą, przez nikogo nielubianą i wiecznie skrzywioną, choć widać, ze ta rzekoma antypatyczność Emmie jest bardzo wysilona. W ogrodzie spotyka starego, brzydkiego, mrukliwego ogrodnika, alter ego Bena Weatherstaffa oraz – oczywiście – rudzika. W domu słychać płacz małego chłopca – w oryginale był to Colin Craven, tu mamy syna Colina, Jacka. „Pamiętniki” Mary Lennox streszczają akcję pierwszej powieści. Bohaterowie są schematyczni, Emmie jest niesympatyczna tylko na pozór, w środku miła i wrażliwa, Jack podobnie, państwo Craven i pani Sowerby są po prostu mili, ogrodnik Dick Sowerby miły, ale skrzywdzony przez życie (rany po pierwszej wojnie), pani Dearlove niemiła i kotów nie lubi… Więcej o tych bohaterach powiedzieć się nie da. Akcja jest dość przewidywalna, a jej największą zaletą jest to, że nie próbuje na siłę doprowadzić do zbyt słodkiego końca – wojna trwa, wszystko jeszcze może się zdarzyć.

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarze książek. Nieco rozszerzona recenzja obu części ukazała się też na blogu Dawno, dawno temu.

Podsumowanie – luty 2016

Skończyłam wreszcie czytać „Muskając aksamit” Sarah Waters, o której wspominałam w styczniu, a nad którą zeszło mi jakoś ze dwa miesiące. Mimo szczerej sympatii do Autorki, która napisała świetną, przewrotną „Złodziejkę” i wciągającą gotycką powieść „Ktoś we mnie”, tę książkę zmęczyłam z trudem. Owszem, ciekawe jest spojrzenie na Londyn przełomu XIX i XX wieku od strony, której dotąd w literaturze trudno było szukać, więc tło w porządku, ale fabularnie nudnawo, choć dzieje się dużo. Nie lubię romansów, a to był jednak romans, tyle że lesbijski. W dodatku Autorka tak się rozpędziła w opisywaniu świata od strony homoseksualnej, że w pewnym momencie wszyscy heteroseksualni zeszli do podziemia, zaczęli stanowić szare tło wydarzeń, a główna bohaterka mogła wybierać w dziewczynach, jak w ulęgałkach, w co jakoś nie chce i się wierzyć.
muskajac-aksamit-b-iext8610571Nancy Astley, młoda dziewczyna o dość przeciętnej urodzie i ładnym głosie, miała spędzić całe swoje życie w sposób bardzo konwencjonalny, opuścić rodzinną gospodę i sprawianie niezliczonych ostryg, żeby wyjść za mąż i rodzić dzieci. Jedno teatralne przedstawienie odmieniło jej życie – pozwoliło odkryć pociąg do ślicznej panny Kitty, a tym samym do własnej płci, zawiodło do garderoby, a potem na scenę, stamtąd na ulicę, a dalej niezwykle krętą drogą do akceptacji siebie i szczęśliwej miłości. Po drodze Nancy odkrywa, a my z nią, tajniki życia artystów rewiowych, homoseksualnych prostytutek, bogatych i zdeprawowanych safistek, dzielnych sufrażystek i działaczy społecznych.

W przeciwieństwie do powieści Waters, książka Marka Haddona „Dziwny przypadek psa nocną porą” wciągnęła mnie od pierwszej strony. Pomysł fabularny dużo mniej skomplikowany niż w „Muskając aksamit” – mały dramat małżeństwa z chorym dzieckiem – można by go streścić w trzech zdaniach. Za to wykonanie mistrzowskie, fantastyczna podróż do wnętrza umysłu chłopca cierpiącego na zespół Aspergera. Bardzo prawdziwi bohaterowie, nie papierowi, niejednoznaczni.
dziwny-przypadek-psa-nocna-pora-b-iext7867300Świat powieści nie jest czarno-biały, nad czym bardzo boleje 15-letni Christopher Boone,  który za nic nie może połapać się w tych wszystkich odcieniach szarości. Przez to nie lubi opuszczać domu, który funkcjonuje według jasnych zasad (w pocie czoła wypracowanych przez jego ojca), ani stykać się z obcymi ludźmi, bo ich zachowanie trudno zrozumieć (mogą mówić jedno, ale myśleć drugie, jednym grymasem zmieniać sens swojej wypowiedzi, więc skąd właściwie rozmówca ma wiedzieć, o co im chodzi..). Mimo tego, kiedy pies sąsiadki zostaje znaleziony martwy, Christopher podejmuje się śledztwa, ale nie może sobie wyobrazić, jak daleko go ono zawiedzie. Książka opisywana jest często jako kryminał, co jest zupełną pomyłką, bo nie osoba mordercy zwierzaka jest tu istotna, a śledztwo jest pretekstem do zupełnie innej opowieści, o której ciężko pisać, żeby nie zdradzić zbyt wiele.

No, dobrze, romansów może nie lubię, ale za to szalenie lubię młodzieżowe powieści o świecie alternatywnym, i tym mogę tłumaczyć sięgnięcie po trylogię „Delirium” Lauren Oliver. Polecała ją na swoim blogu Padma, a jej opiniom ufam. Przypadkiem natknęłam się w bibliotece na apetycznie gruby tom, zawierający wszystkie trzy części: „Delirium”, „Pandemonium” i „Requiem” oraz dodatkowe opowiadania. Chociaż słowo ‚miłość’ jest tam odmieniane przez wszystkie przypadki, bardzo mi się dobrze tę dystopię czytało. Nie jest to może z mojej strony zachwyt na miarę „Igrzysk śmierci”, sporo tu dłużyzn, po których wzrok mi się prześlizgiwał, zwłaszcza w pierwszej części, a i sam pomysł wydawał mi się zbyt naciągany. Nie da się jednak ukryć, że akcja mnie wciągnęła i to do tego stopnia, że cały dzień nie mogłam się doczekać, aż wieczorem (nareszcie!) złapię za książkę, a to mi się już dawno nie zdarzyło. Dwadzieścia lat temu pewnie byłabym wniebowzięta, bo nie da się ukryć, że grupą docelową już od dawna nie jestem.
delirium-b-iext7142701Nastoletnia Lena żyje w świecie,  którym miłość została uznana za groźną chorobę, amor deliria nerviosa, i wyeliminowana za sprawą medycznego zabiegu, którym poddawani są wszyscy młodzi ludzie po ukończeniu szkoły (u dzieci zabieg mógłby być niebezpieczny). Dzięki temu rząd może bezproblemowo (jak się wydaje) rządzić potulnymi obywatelami, pozbawionymi głębszych uczuć i gwałtownych emocji, a nawet snów. Lena nie może się doczekać swojego zabiegu, który ma ją uchronić przed złapaniem wirusa, krążącego niebezpiecznie blisko jej rodziny – nie oparła mu się jej matka i kuzynka. Zanim jednak do zabiegu dojdzie, spotka na swojej drodze człowieka, który całe jej dotychczasowe wyobrażenie o świecie postawi na głowie.

Pierwszy tom jest dość mocno romansowy, za to w drugim zaczyna się już (rzecz jasna!) walka z systemem – wciągnął mnie do tego stopnia, że nie zauważyłam nawet, kiedy drugi tom przemienił się w trzeci i byłam bardzo oburzona, kiedy i trzeci się skończył… Na dokładkę są jeszcze niedługie opowiadania uzupełniające historię bohaterów drugoplanowych, ale to już takie dopowiedzenia na siłę.

Całość polecam, ale podkreślam, że to jednak przygodowe czytadło i nie należy oczekiwać arcydzieła.

Sarah Waters, Muskając aksamit, Prószyński i ska, 2009
Mark Haddon, Dziwny przypadek psa nocną porą, Świat Książki 2010
Lauren Oliver, Delirium, Pandemonium, Requiem, Wydawnictwo Otwarte 2015

*****

Filmowo miesiąc wypadł skromnie. Udało nam się obejrzeć trylogię z Julie Delpy i Ethanem Hawkem – Przed wschodem słońca, Przed zachodem słońca, Przed północą. Ciekawa rzecz, kino dwojga aktorów, kręcone na przestrzeni 20 lat. Pierwsza część powstała w 1994 r., druga 9 lat później, trzecia kolejne 9 lat potem. Aktorzy starzeli się, ekhem, dojrzewali, w tym samym tempie co bohaterowie. Co ciekawe, scenariusz do drugiej i trzeciej części stworzyli aktorzy do spółki z reżyserem. Dwa pierwsze filmy oglądałam lata temu, mając 15 i 25 lat, ciekawie było skonfrontować je z moim ponad 30-letnim ja i odkryć, że nadal do mnie przemawiają, ale odbieram je w nieco inny sposób.

Młoda Francuzka Celine i Amerykanin Jessie spotykają się w pociągu, w drodze do domów, zaczynają rozmawiać, a że rodzi się między nimi pewne pokrewieństwo dusz, postanawiają wysiąść  i kontynuować rozmowę przez jedną noc. Cały film jest o tym, jak chodzą po Wiedniu i rozmawiają, ale uwierzcie – wciąga. O czym są dwa kolejne filmy z tymi samymi bohaterami nie powiem, bo musiałabym zdradzić, jak się pierwsza część kończy. Warto zobaczyć samemu.

przed_wschodem_slonca1.jpg before-sunset-1doc_5584_0

Przed wschodem słońca / Before Sunrise reż. Richard Linklater (1995)
Przed zachodem słońca / Before Sunset, reż. Richard Linklater (2004)
Przed północą / Before Midnight, reż. Richard Linklater (2013)

Rozmówki domowe cz. 3

Isia, 35 miesięcy

 

Matka: Gdzie masz kapciuszki, Kopciuszku?

Isia: Mamo! Ja nie jestem kopciuszek, tylko łapciuch!

Isia: Mamo, ja mam bardzo dużo do mycia i sprzątania!
Matka, zaniepokojona: Czemu?
Isia: Bo tak już jest…

Tata do babci: Isia ma dziś huśtawkę emocjonalną.
Isia wybucha śmiechem: Hahahaha, tato, dlaczego huśtawkę emo…emo…e… (Poważnieje) Co ty mówisz, człowieku! Ja przecież w domu nie mam huśtawki, tylko na placu zabaw!

Gucio szarpie Elizę za sukienkę.
Isia: Gucio, co mówiliśmy o zdejmowaniu księżniczki sukni! Księżniczki nie mogą wyglądać bez sukni!

Tata czyta książkę na dobranoc.
Isia: Tato zrobiło mi się trochę smutno.
Tata przerywa czytanie: Jak to? Dlaczego smutno????
Isia: Bo mi nie czytasz.
Tata: Przecież czytam.
Isia: Ale przestałeś.

Tata ułożył Isię do snu i usiadł obok łóżeczka.
Isia: Jak chcesz, możesz pójść zamiast siedzieć. Przecież ty na jutro też musisz się wyspać.

Isia: Mamo, ten kolor mi się podoba.
Matka, z miernym entuzjazmem: Różowy? No co zrobić.
Isia: Ale on mi się naprawdę podoba. To nie ma się co martwić. Zobacz, jaki różowy i piękny.

Isia: Tato, dobrze, że już nie krzyczysz, bo to bardzo nieładnie!

Isia budzi się w nocy z płaczem.
Tata: Isiu, czy coś cię boli?
Isia: Nie, ale chciałam ciebie zobaczyć.

A że niedawno pobieraliśmy siusiu do badania…
Isia: Mamo, chce mi się siusiu!
Matka: No to szybko. Sedes czy nocnik?
Isia: Nie, taki mały pojemniczek!

Isia czyta – Ojejku, to Jejku-jejku

Czy pisałam już, ze wszystkie książki Wydawnictwa Dwie Siostry można kupować w ciemno? Tak, pisałam, zajrzyjcie do zakładki Wydawnictwa. A potem idźcie i kupujcie 😉 Jak tylko zobaczyłam zapowiedź „Jejku-jejku chce coś zmienić”, wiedziałam, ze to będzie hit. Książka z okienkami? O kolorach? Ze zwierzakami? I jeszcze głównym bohaterem jest dziobak? To jest to, co Isiule lubią najbardziej.

 

Jejku-jejku przywędrował do nas w święta i od tej pory święci (nomen-omen) triumfy. Zaglądanie bohaterowi do szaf nie nudzi się nigdy, bo tam myszy harcują aż miło.

IMG_3791

Historia dziobaka, który postanowił coś w życiu zmienić i za namową przyjaciół przemalowuje swoje mieszkanko na różne kolory, uczy nie tylko kolorów, ale i tego, że nie warto kierować się w życiu cudzymi opiniami. Wielka mądrość życiowa w książeczce dla maluchów. To lubię.

Magali Le Huche stworzyła kilka książek o Jejku-Jejku (w oryginale Non-Non), ciekawe, czy wydawnictwo planuje je wydać u nas.

Magali Le Huche
Jejku-Jejku chce coś zmienić
fr. Quelle est la coleur preferee de Non-Non?
tłum. Joanna Rzyska
Wydawnictwo Dwie Siostry
Warszawa 2015

 

 

 

Przyszłościowo – Kryminały dla młodego czytelnika

Kiedy byłam mała, uwielbiałam czytać kryminały. Do dziś pamiętam, jak z zapartym tchem pochłaniałam „Uwaga! Czarny parasol!”, takich emocji nie daje mi dziś żadna lektura… Mam ogromną nadzieję, że wrócę do Bahdaja z moimi dziećmi, że będziemy szukać zaginionego kapelusza, wartego sto tysięcy i przekopywać ogródek willi z Tolkiem Bananem. Razem z Panem Samochodzikiem zwiedzimy Malbork, Frombork, a nawet zamki nad Loarą i pogonimy gang Niewidzialnych. Z Kallem Blomkvistem przeżyjemy mnóstwo przygód i odnajdziemy porwanego Rasmusa. Gdyby jednak dzieciaki miały chęć przeczytać coś bardziej współczesnego, podsunę im norweską serię CLUE, autorstwa Jorna Liera Horsta, norweskiego pisarza kryminałów.

W Polsce ukazały się na razie 4 tomy, piąty jest zapowiedziany na przyszły rok. Bohaterami serii jest trójka przyjaciół znad  Zatoki Okrętów. Tam, w pensjonacie Perła, mieszkają Cecilia Gaathe, córka właściciela, oraz Leo Bast, syn pani menadżer, a nieopodal ich przyjaciółka Une ze swoim psem Egonem. Uroczy pensjonat przyciąga wielu gości, a wśród nich zadziwiającą liczbę przestępców…

W tomie pierwszym pt. „Zagadka Salamandry” na Cecilia i Leo natykają się na plaży na zwłoki topielca. Szybko zaczynają podejrzewać, że do jego śmierci mógł ktoś się przyczynić, i zaczynają uważniej przyglądać się gościom pensjonatu.
W tomie drugim – „Zagadka zegara maltańskiego” – przyjaciele trafiają na trop złodziejskiego łupu, skradzionego rok wcześniej w sklepie jubilerskim w Oslo, w tym bezcennego zabytkowego zegara. A w pensjonacie znów roi się od podejrzanych typów.
W trzecim tomie serii zagadka zawiedzie Cecilię, Une i Leo na samo dno Zatoki Okrętów, do zatopionego wraku. W okolicy kręcony jest właśnie film – przez pensjonat „Perła”, którego właścicielem jest ojciec Cecilii, przewijają się tłumy, ale nie każdy jest tym, za kogo się podaje. Na planie filmowym dochodzi do drobnej kradzieży, która okazuje się tylko czubkiem góry lodowej, czającej się pod – bardzo dosłownie – powierzchnią wody.
Czwarty tom zaprowadzi nas prosto na cmentarz. Cecilia, Une i Leo odkrywają, że ktoś rozkopuje stare groby. Badają stare legendy o ukrytych skarbach, zwiedzają okradziony kościółek i tajemnicze bunkry. Próbują odkryć sprawcę i przyczyny jego postępowania, a docierają do wyjaśnienia o wiele straszniejszej tajemnicy…

Jest też poboczny wątek, spajający serię powieści, a dotyczący śmierci matki Cecilii. Rok wcześniej Iselin Gaathe zniknęła z wydawanego przez siebie przyjęcia, a tydzień później została znaleziona na plaży. Uznano, że w wyniku nieszczęśliwego wypadku utonęła, ale szczegółów nigdy nie odkryto. Powoli, z drobiazgów, Cecilia zaczyna odtwarzać historię ostatnich dni swojej matki. Każdy tom przynosi nowe odkrycia, co w rezultacie doprowadzi dziewczynkę do wyjaśnienia tajemnicy.

Tomy są krótkie, pozbawione zbyt wielu opisów, akcja postępuje szybko (to je bardzo odróżnia od lektur mojego dzieciństwa, ale może być zaletą dla współczesnych dzieciaków), rzetelnie wciągają, ale pozbawione są drastycznych elementów. Podoba mi się atmosfera serii. Leniwy wakacyjny nastrój, okolica pełna tajemnic przeszłości i stary Tim, który zna wiele legend i chętnie się nimi dzieli. Słyszeliście historię o niemieckim złocie, które tak naprawdę wcale nie było niemieckie? A o starym pastorze, który modlił się za tonących, zamiast im pomóc i został przez to skazany na potępienie? To może wiecie coś o zatopionych okrętach? Znacie tajemne przejścia w pobliskich bunkrach? A może wiecie, co się stało z matką Cecilii? Oczywiście, nagromadzenie zagadek w tym jednym zakątku Norwegii jest mało prawdopodobne, ale z chęcią przymykam na to oko. Seria detektywistyczna rządzi się swoimi prawami.

Żeby było bardziej edukacyjnie (ech…), autor pozwala swoim bohaterom oraz czytelnikom zapoznać się podczas rozwiązywania zagadek z przemyśleniami słynnych filozofów, Sokratesa, Aureliusza Augustyna, Arystotelesa, Kierkegaarda. Na szczęście filozoficzne wtręty podane są w sposób mało nachalny, a łatwo przyswajalny przez młodego czytelnika. Przez sympatię dla „Świata Zofii” liczę to na plus (a przypominam, że nie przepadam za wykorzystywaniem powieści do celów edukacyjnych).

Jorn Lier Horst
Seria CLUE:
Zagadka Salamandry
Zagadka Zegara Maltańskiego
Zagadka Dna Morskiego
Zagadka Hien Cmentarnych
Wydawnictwo Smak Słowa
Sopot 2015-1016

 

 

 

Przepis na kawę a la Matka

– Mamo, a co ty tam nalewasz?
– Kawę.
– Z garnka???
No, właśnie…

Przepis na kawę a la (Królowa) Matka
Wsyp do filiżanki kawę. Dolej syropu klonowego, żeby zamaskować smak, bo kawy nie lubisz, tylko jesteś nieprzytomna po trzech ostatnich nocach, podczas których syn budził się co godzinę, żeby sprawdzać, czy nadal potrafi powiedzieć gagaga-dada i czy zbliżył się chociaż o cal do zdobycia tytułu Mistrza Raczkowania 2016… Zaraz, ta kawa… Zalej wrzątkiem, dolej mleka kokosowego, bo innego w lodówce nie ma, a poza tym może kokosowe lepiej zamaskuje smak kawy. Odstaw na pół godziny, bo syn stwierdził, że musi dostać mleka właśnie teraz, a potem córka zaliczyła wpadkę okołonocnikową. Po pół godzinie przelej zimną kawę do rondelka i podgrzej. Nalej do filiżanki, spróbuj, żeby dowiedzieć się, że płyn nadal smakuje jak zwykła, ale chociaż ciepła, kawa. Pobiegnij do płaczącego dziecka. Po pół godzinie wróć do kuchni i wypij zimną, wyobrażając sobie, że wrzucasz do niej kulkę lodów śmietankowych, których nie możesz jeść, bo dziecko nie toleruje nabiału w twojej diecie.
I jak? Prawie shake, prawda?

Rozmówki domowe cz. 2

(Isia, 34 miesiące)

Matka:  Zjadłaś swoją bułeczkę?
Isia:  Tak. I wytrąbałam wszystkie okruszki.

*

I:   Mamo, jestem bardzo głodna.

M: I co robimy w związku z tym?
I:   Kaszki.
M: Jakiej kaszki?
I:   Jadającej.
M: A jaka to jest kaszka jadająca?
I:   Ty ją gotujesz, a ja ją zjadam.

*

Gucio z zapałem je kalafiorka zakamuflowanego marchewką w postaci słoikowej papki.
M: Ciekawe czy zjadłbyś też brokułka, jakby go wymieszać z marchewką.
I:   Ale on już dawno jadł brokułka! (pamięć jak mały komputer)
M: Tak, ale mu nie smakował.
I:   Ale może następnym razem będzie mu smakował. Jak będzie większy. Nie taki ciamkający się brokuł, tylko taki gryziący się brokuł…*

Ojciec łaskocze Gucia.
I: Tata, nie baw się dzieckiem. Nie baw się dzieckiem! Czy ty mnie słyszysz? Puść dziecka! Gucio nie jest do bawienia.
T: A do czego jest Gucio?
I: Do zmieniania pieluchy i na spacery.

*

I: Tata, chodź coś zmajstrować.
T: Nie mogę teraz, bo muszę pozmywać.
I:  Albo możesz teraz pójść coś zmajstrować, a później sobie pozmywasz.

*

M: Isiu, czy możesz nałożyć kotom suchą karmę?
I: Mamo, czy ty chcesz, żeby Klementyna zjadła dużo i pękła potem jak balon?
M: Zdecydowanie nie chcę.
I: A czy chcesz, żeby Zula pękła jak balon? Na pewno też zdecydowanie nie chcesz.

*

M: Wyłączamy bajki?
I: Tak, bo jestem już naoglądana!

*

M: Isiu, pomożesz mi zrobić ciasto?
I: Tak! Jestem bardzo z tego powodu zachwycona! Tylko znajdę sobie śliniaczek, żebym się nie ubrudziła. Tobie też pewnie się przyda. Mamo, jaki chcesz śliniaczek? Może ten, bo tu jest bardzo piękny miś… (Wyciąga śliniak z niedźwiadkiem). Widzisz, nawet jest uśmiechnięty.

Każdy ma takie Walentynki, na jakie zasłużył

Nasze zasługi dla świata są, jak widać, wątpliwe.

Ojciec ciężko zakatarzony. Matka w trybie mombie (mum+zombie), stara się nie podłapać przeziębienia. Książniczka w nastroju jęczybułowym („jest mi smutno, bo nikt nie przychodzi i nie mam się z kim bawić” – rodzice się nie liczą przecież) i dlaczegowatym („dlaczego? dlaczego? DLACZEGO?”). Ale za to Gucio wyhodował wreszcie dwie dolne jedynki, na które czekaliśmy od półtora miesiąca. Wyglądaliśmy ich niecierpliwie bardzo, dniami i nocami. Matka głównie nocami. W końcu wyszły, a Gucio całą niedzielę był wzorcowym słodkim bobasem, turlał się spokojnie po kojcu, z zapałem waląc grzechotką o pręty, prezentując w pocie czoła wypracowane czworaki i rozkosznie wołał, że „Ga!”. Wszystko było dla niego”Ga!” dzisiaj.

W sumie Walentynki uważamy za udane.

Książniczka czyta – GRAAAAAAUUUUUUUŁRRRR

Trochę sobie ta książka postała na półce, zanim Isia do niej dorosła, ale Matka po prostu musiała ją kupić, bo Matka uwielbia ilustracje Benjamina Chauda. Chaud zilustrował m.in. serię o Pomelo, trylogię o rodzinie Aiszy, Lalo, Babo i Binty, dwie książki o Uno i Matim oraz „Żegnaj, Skarpetko” i „Wierzcie w Mikołaja” (ta ostatnia dla nieco starszych dzieci i jeszcze jej nie mamy). Wszystkie wydało moje ulubione wydawnictwo Zakamarki. Kolejne trzy książki opublikowało Wydawnictwo Dwie Siostry, w tym właśnie „Misiową piosenkę”.

Tuż przed zapadnięciem w sen zimowy mały niedźwiadek dostrzega pszczołę, a jak wiadomo, gdzie pszczoły – tam miód. Niedźwiadek porzuca bezpieczne miejsce u boku śpiącego taty, żeby ruszyć za pszczołą w pogoń, zaś Tata Niedźwiedź musi zostawić cieplutkie miejsce w gawrze, żeby z kolei gonić za synkiem. Ta podwójna gonitwa zaprowadzi ich do wielkiego miasta, na ruchliwe ulice, do zatłoczonych budynków, a w końcu… na scenę.

Mnóstwo w tej książce szczegółów, można ja naprawdę długo oglądać, a znalezienie Niedźwiadka i jego pszczoły może zająć sporo czasu nawet dorosłym czytelnikom. Na uważnych oglądaczy czekają niespodzianki, np. spomiedzy drzew wyskakują bohaterowie inej książki Chauda, czyli „Żegnaj, Skarpetko”, o, tu:

IMG_3793

Ilustrator (a zarazem Autor) to postać tej klasy, że każdą jego książkę można kupować  ciemno, wystarczy wybrać odpowiednią chwię 😉 Wydawnictwo określiło kategorię wiekową na 3+ i u nas właśnie okolice trzech latek to idealny moment na „Misiową piosenkę”.

Benjamin Chaud
Misiowa piosenka
tłum. Jadwiga Jędryas
Wydawnictwo Dwie Siostry
Warszawa 2013