Podsumowanie – styczeń 2016

Pod względem literackim początek roku wypada nadzwyczaj blado. Przegrzebałam swoje wymemłane, niewyspane szare komórki, próbując przypomnieć sobie tytuły książek, które przeczytałam w styczniu i – o wstydzie – wychodzi na to, że w sumie nie przeczytałam żadnej. Nie licząc wesołych tomów o krówce Matyldzie i spółce. Żadnej powieści dla dorosłych. W grudniu zaczęłam „Muskając aksamit” Sarah Waters i nadal ją czytam, co oznacza, jak łatwo się domyślić, że książka mnie nie zachwyciła. „Złodziejkę” tej Autorki połknęłam ongiś w dni trzy. A może nawet w dwa lub jeden, bo to były te szczęśliwe bezdzietne czasy, kiedy mogłam usiąść rano do lektury i nie odrywać się do ostatniej strony. Ta powieść nie jest zła, ale jakoś nie bardzo interesuje mnie przyszłość bohaterki, więc jak mam cudem jakąś wolną chwilę, to książka przegrywa z innymi rozrywkami (zmywaniem na przykład, haha).

Przeczytałam za to poradniki, dwa, niedotyczące macierzyństwa (bo o tych będę pisać w osobnych wpisach, podsumowania miesiąca służą tylko mojej prywacie, niezwiązanej z byciem rodzicem). Oba autorstwa blogerek, ale to przypadek. Oba dotyczące mody i stylu – to nie przypadek (tak, panom już dziękujemy, zachęcamy do zerknięcia na część filmową, poniżej).

Dojrzałam wreszcie do całkowitego remanentu w szafie, bo przez ostatnie trzy lata zalęgły się w niej dziwne rzeczy. Nie, nie robactwo, ubrania jakieś takie… Mam wrażenie, że nic innego nie robiłam przez ostatnie 40 miesięcy, tylko tyłam i chudłam. Kwiecień 2013  to ok. 80 kg (tuż przed porodem), kwiecień 2014, po roku karmienia, ok. 50 kg (rozmiar XS, który nadał mi interesujący look kobiety głodzonej przez męża), a potem druga ciąża i powtórka z rozrywki, obecnie waga pikuje ostro w dół i nie wiem, jak ją powstrzymać, bo skrajnego wychudzenia chciałabym jednak uniknąć. W okresie takich skoków wagi, ze świadomością tymczasowości moich gabarytów, nie bardzo miałam chęć inwestować w garderobę i w rezultacie mój zestaw ubrań jest tak bardzo przypadkowy, że nie zasługuje nawet na określenie „zestaw” 😉 Większość w nieodpowiednim rozmiarze. W dodatku prowadzę teraz zupełnie inny tryb życia niż kilka lat temu, a śmiem wręcz twierdzić, że jestem inną osobą niż kilka lat temu, więc czuję potrzebę zdefiniowania stylu na nowo. „Modową rewolucję” zaczęłam od czytania książek na temat (w sumie wszystko w życiu zaczyna od czytania książek na temat, być może dlatego, że każdy pretekst, żeby poczytać, jest dobry…). Nadal nie doszłam do etapu drastycznych porządków we własnej szafie, bo paskudniki małe nie dają mi chwili wytchnienia, ale zapał mam olbrzymi, a po lekturach jeszcze większy nawet.

Osobom z podobnym problemem mogę spokojnie obie książki polecić, najlepiej przeczytać rzeczywiście obie, bo dobrze się uzupełniają. Autorka „Slow fashion” stawia na definiowanie własnego stylu (i doskonale podpowiada, jak to robić) w opozycji do często pojawiających się w gazetach list must-have, 10-ubrań-bez-których-nie-przeżyjesz-nawet-tygodnia itp. Nie tylko ja miałam wrażenie, że tego typu listy są pozbawione sensu, bo po prostu wcale nie są uniwersalne – nawet mała czarna nie każdemu się przyda, bo nie każdemu dobrze w czerni. Z kolei „Elementarz stylu” stawia na konkretny styl: prosty, klasyczny, elegancki, dość minimalistyczny, taki, który mnie akurat bardzo odpowiada. Obawiam się jednak nieco wysypu kobiet-klonów w sweterkach w marynarskie paski i granatowych żakietach (żart taki), więc postaram się nie kopiować zestawów zbyt wiernie. Autorka przedstawia nieszczęsne listy konkretnych zakupów, które w moim przypadku zostały ostro zmodyfikowane (byłam na szczęście już po lekturze „Slow fashion”), ale stanowiły dobrą inspirację, więc nie narzekam. Ta książka jest bogato ilustrowana zdjęciami Autorki, zresztą w ogóle jest bardzo przyjemnie wydana. Treść obu w moim przypadku okazała się bardzo pomocna, na pewno będę w najbliższym czasie do nich wracać.

 

Filmowo styczeń wypadł nieco lepiej, chociaż szaleństwa ilościowego też nie uświadczycie.

Do kina dotarłam raz (aż raz, dodajmy) na Cyrk Latających Flaków Quentina Tarantino, czyli na film „Nienawistna ósemka”, który gorąco polecam, ale tylko fanom reżysera. Reszcie na własną odpowiedzialność. Ja do tej rzeźni musiałam dorosnąć (po trzech latach zmieniania pieluch jestem mniej brzydliwa, ahaha). Żeby nie było, bardzo mi się podobało. Bardzo. Bardzo bardzo minus te flaki jednak. Mam wrażenie, że Tarantino nigdy nie przeskoczy pewnego poziomu, bo musi w każdym filmie porzucać jelitami, żeby nie rozczarować wielbicieli. Więc będzie się na tych wątpiach potykał, że tak to obrazowo ujmę… Jak wybrnąć z bardzo interesująco zagmatwanej, pulsującej napięciem, sytuacji? No, proszę państwa, nie mamy wyboru, nazwisko Tarantino zobowiązuje, broń do łapy i strzelamy…Nie ma, że jakiś niespodziewany zwrot akcji – zwrot owszem, ale jak najbardziej spodziewany przez wszystkich świadomych, na co przyszli do kina.

Ale poza tym – zdjęcia bajka, bohaterowie dopracowani w każdym calu, fenomenalnie zagrani, dialogi doskonałe, a ja jeszcze fanką westernów jestem, więc wcale się czepiać nie będę, tylko gorąco zapraszam na seans.

 

Udało nam się też obejrzeć bardzo dobry serial – na szczęście krótki, jeden sezon, siedem odcinków. (Takie czasy nastały, że człowiek się cieszy, jak dobry serial jest krótki, bo inaczej oglądałby i oglądał przez miesiąc – jeden odcinek to nam czasem dwa wieczory zajmuje, a nie każdy wieczór można poświęcić serialowi). „Tajemnice Laketop” z 2013 r., w reżyserii Jane Campion, nie wiem, jak to się stało, że wcześniej o nim nie słyszałam. Jest doskonały, a mimo standardowego punktu wyjścia (zaginięcie młodej dziewczyny), zupełnie nie przypomina innych seriali, może za sprawą nietypowego miejsca akcji, czyli małego miasta w Nowej Zelandii. Krajobrazy zapierają dech.

Detektyw Robin Griffin powraca do rodzinnego miasteczka, żeby spędzić czas z ciężko chorą matką. Jej pobyt wydłuża się jednak i zmienia cel, kiedy znika dwunastolatka o egzotycznej urodzie i imieniu, Tui Angel Mitcham. Dodajmy – ciężarna dwunastlatka i córka miejscowego bossa narkotykowego. W dodatku Robin musi się zmagać z własną pogmatwaną przeszłością, przed którą kiedyś uciekła, oraz przyciężkimi zalotami szefa policji (w tej roli Faramir z „Władcy pierścieni”). Klimat całości przypomina raczej skandynawskie kryminały niż amerykańskie thrillery, a i bohaterowie są mało typowi dla kina rodem ze Stanów – nie wszystko jest wyjaśniane od A do Z, niektóre zachowania bohaterów z dalszego planu pozostają niejasne. Choć podobno ma wyjść drugi sezon, może tam wszystko „po amerykańskiemu” dopowiedzą…

 

Dla porządku zapisuję, ze obejrzeliśmy jeszcze francuską adaptację „Pięknej i bestii”, ale nie polecam. Z francuskim kinem mi nie bardzo po drodze, a w tym filmie dramatycznie brakowało mi logiki poczynań bohaterów. Baśń baśnią, ale jednak niektóre fragmenty mnie raziły brakiem sensu. Zdjęcia malownicze, Vincent Cassel i nowa narzeczona Bonda w rolach głównych, tyle zapamiętałam.

christophe_gans__la_belle_et_la_bete_16_9_hd_wall_by_gloripeace-d6ws0kd.jpg

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s