Isia czyta – Ojejku, to Jejku-jejku

Czy pisałam już, ze wszystkie książki Wydawnictwa Dwie Siostry można kupować w ciemno? Tak, pisałam, zajrzyjcie do zakładki Wydawnictwa. A potem idźcie i kupujcie 😉 Jak tylko zobaczyłam zapowiedź „Jejku-jejku chce coś zmienić”, wiedziałam, ze to będzie hit. Książka z okienkami? O kolorach? Ze zwierzakami? I jeszcze głównym bohaterem jest dziobak? To jest to, co Isiule lubią najbardziej.

 

Jejku-jejku przywędrował do nas w święta i od tej pory święci (nomen-omen) triumfy. Zaglądanie bohaterowi do szaf nie nudzi się nigdy, bo tam myszy harcują aż miło.

IMG_3791

Historia dziobaka, który postanowił coś w życiu zmienić i za namową przyjaciół przemalowuje swoje mieszkanko na różne kolory, uczy nie tylko kolorów, ale i tego, że nie warto kierować się w życiu cudzymi opiniami. Wielka mądrość życiowa w książeczce dla maluchów. To lubię.

Magali Le Huche stworzyła kilka książek o Jejku-Jejku (w oryginale Non-Non), ciekawe, czy wydawnictwo planuje je wydać u nas.

Magali Le Huche
Jejku-Jejku chce coś zmienić
fr. Quelle est la coleur preferee de Non-Non?
tłum. Joanna Rzyska
Wydawnictwo Dwie Siostry
Warszawa 2015

 

 

 

Reklamy

Przyszłościowo – Kryminały dla młodego czytelnika

Kiedy byłam mała, uwielbiałam czytać kryminały. Do dziś pamiętam, jak z zapartym tchem pochłaniałam „Uwaga! Czarny parasol!”, takich emocji nie daje mi dziś żadna lektura… Mam ogromną nadzieję, że wrócę do Bahdaja z moimi dziećmi, że będziemy szukać zaginionego kapelusza, wartego sto tysięcy i przekopywać ogródek willi z Tolkiem Bananem. Razem z Panem Samochodzikiem zwiedzimy Malbork, Frombork, a nawet zamki nad Loarą i pogonimy gang Niewidzialnych. Z Kallem Blomkvistem przeżyjemy mnóstwo przygód i odnajdziemy porwanego Rasmusa. Gdyby jednak dzieciaki miały chęć przeczytać coś bardziej współczesnego, podsunę im norweską serię CLUE, autorstwa Jorna Liera Horsta, norweskiego pisarza kryminałów.

W Polsce ukazały się na razie 4 tomy, piąty jest zapowiedziany na przyszły rok. Bohaterami serii jest trójka przyjaciół znad  Zatoki Okrętów. Tam, w pensjonacie Perła, mieszkają Cecilia Gaathe, córka właściciela, oraz Leo Bast, syn pani menadżer, a nieopodal ich przyjaciółka Une ze swoim psem Egonem. Uroczy pensjonat przyciąga wielu gości, a wśród nich zadziwiającą liczbę przestępców…

W tomie pierwszym pt. „Zagadka Salamandry” na Cecilia i Leo natykają się na plaży na zwłoki topielca. Szybko zaczynają podejrzewać, że do jego śmierci mógł ktoś się przyczynić, i zaczynają uważniej przyglądać się gościom pensjonatu.
W tomie drugim – „Zagadka zegara maltańskiego” – przyjaciele trafiają na trop złodziejskiego łupu, skradzionego rok wcześniej w sklepie jubilerskim w Oslo, w tym bezcennego zabytkowego zegara. A w pensjonacie znów roi się od podejrzanych typów.
W trzecim tomie serii zagadka zawiedzie Cecilię, Une i Leo na samo dno Zatoki Okrętów, do zatopionego wraku. W okolicy kręcony jest właśnie film – przez pensjonat „Perła”, którego właścicielem jest ojciec Cecilii, przewijają się tłumy, ale nie każdy jest tym, za kogo się podaje. Na planie filmowym dochodzi do drobnej kradzieży, która okazuje się tylko czubkiem góry lodowej, czającej się pod – bardzo dosłownie – powierzchnią wody.
Czwarty tom zaprowadzi nas prosto na cmentarz. Cecilia, Une i Leo odkrywają, że ktoś rozkopuje stare groby. Badają stare legendy o ukrytych skarbach, zwiedzają okradziony kościółek i tajemnicze bunkry. Próbują odkryć sprawcę i przyczyny jego postępowania, a docierają do wyjaśnienia o wiele straszniejszej tajemnicy…

Jest też poboczny wątek, spajający serię powieści, a dotyczący śmierci matki Cecilii. Rok wcześniej Iselin Gaathe zniknęła z wydawanego przez siebie przyjęcia, a tydzień później została znaleziona na plaży. Uznano, że w wyniku nieszczęśliwego wypadku utonęła, ale szczegółów nigdy nie odkryto. Powoli, z drobiazgów, Cecilia zaczyna odtwarzać historię ostatnich dni swojej matki. Każdy tom przynosi nowe odkrycia, co w rezultacie doprowadzi dziewczynkę do wyjaśnienia tajemnicy.

Tomy są krótkie, pozbawione zbyt wielu opisów, akcja postępuje szybko (to je bardzo odróżnia od lektur mojego dzieciństwa, ale może być zaletą dla współczesnych dzieciaków), rzetelnie wciągają, ale pozbawione są drastycznych elementów. Podoba mi się atmosfera serii. Leniwy wakacyjny nastrój, okolica pełna tajemnic przeszłości i stary Tim, który zna wiele legend i chętnie się nimi dzieli. Słyszeliście historię o niemieckim złocie, które tak naprawdę wcale nie było niemieckie? A o starym pastorze, który modlił się za tonących, zamiast im pomóc i został przez to skazany na potępienie? To może wiecie coś o zatopionych okrętach? Znacie tajemne przejścia w pobliskich bunkrach? A może wiecie, co się stało z matką Cecilii? Oczywiście, nagromadzenie zagadek w tym jednym zakątku Norwegii jest mało prawdopodobne, ale z chęcią przymykam na to oko. Seria detektywistyczna rządzi się swoimi prawami.

Żeby było bardziej edukacyjnie (ech…), autor pozwala swoim bohaterom oraz czytelnikom zapoznać się podczas rozwiązywania zagadek z przemyśleniami słynnych filozofów, Sokratesa, Aureliusza Augustyna, Arystotelesa, Kierkegaarda. Na szczęście filozoficzne wtręty podane są w sposób mało nachalny, a łatwo przyswajalny przez młodego czytelnika. Przez sympatię dla „Świata Zofii” liczę to na plus (a przypominam, że nie przepadam za wykorzystywaniem powieści do celów edukacyjnych).

Jorn Lier Horst
Seria CLUE:
Zagadka Salamandry
Zagadka Zegara Maltańskiego
Zagadka Dna Morskiego
Zagadka Hien Cmentarnych
Wydawnictwo Smak Słowa
Sopot 2015-1016

 

 

 

Przepis na kawę a la Matka

– Mamo, a co ty tam nalewasz?
– Kawę.
– Z garnka???
No, właśnie…

Przepis na kawę a la (Królowa) Matka
Wsyp do filiżanki kawę. Dolej syropu klonowego, żeby zamaskować smak, bo kawy nie lubisz, tylko jesteś nieprzytomna po trzech ostatnich nocach, podczas których syn budził się co godzinę, żeby sprawdzać, czy nadal potrafi powiedzieć gagaga-dada i czy zbliżył się chociaż o cal do zdobycia tytułu Mistrza Raczkowania 2016… Zaraz, ta kawa… Zalej wrzątkiem, dolej mleka kokosowego, bo innego w lodówce nie ma, a poza tym może kokosowe lepiej zamaskuje smak kawy. Odstaw na pół godziny, bo syn stwierdził, że musi dostać mleka właśnie teraz, a potem córka zaliczyła wpadkę okołonocnikową. Po pół godzinie przelej zimną kawę do rondelka i podgrzej. Nalej do filiżanki, spróbuj, żeby dowiedzieć się, że płyn nadal smakuje jak zwykła, ale chociaż ciepła, kawa. Pobiegnij do płaczącego dziecka. Po pół godzinie wróć do kuchni i wypij zimną, wyobrażając sobie, że wrzucasz do niej kulkę lodów śmietankowych, których nie możesz jeść, bo dziecko nie toleruje nabiału w twojej diecie.
I jak? Prawie shake, prawda?

Rozmówki domowe cz. 2

(Isia, 34 miesiące)

Matka:  Zjadłaś swoją bułeczkę?
Isia:  Tak. I wytrąbałam wszystkie okruszki.

*

I:   Mamo, jestem bardzo głodna.

M: I co robimy w związku z tym?
I:   Kaszki.
M: Jakiej kaszki?
I:   Jadającej.
M: A jaka to jest kaszka jadająca?
I:   Ty ją gotujesz, a ja ją zjadam.

*

Gucio z zapałem je kalafiorka zakamuflowanego marchewką w postaci słoikowej papki.
M: Ciekawe czy zjadłbyś też brokułka, jakby go wymieszać z marchewką.
I:   Ale on już dawno jadł brokułka! (pamięć jak mały komputer)
M: Tak, ale mu nie smakował.
I:   Ale może następnym razem będzie mu smakował. Jak będzie większy. Nie taki ciamkający się brokuł, tylko taki gryziący się brokuł…*

Ojciec łaskocze Gucia.
I: Tata, nie baw się dzieckiem. Nie baw się dzieckiem! Czy ty mnie słyszysz? Puść dziecka! Gucio nie jest do bawienia.
T: A do czego jest Gucio?
I: Do zmieniania pieluchy i na spacery.

*

I: Tata, chodź coś zmajstrować.
T: Nie mogę teraz, bo muszę pozmywać.
I:  Albo możesz teraz pójść coś zmajstrować, a później sobie pozmywasz.

*

M: Isiu, czy możesz nałożyć kotom suchą karmę?
I: Mamo, czy ty chcesz, żeby Klementyna zjadła dużo i pękła potem jak balon?
M: Zdecydowanie nie chcę.
I: A czy chcesz, żeby Zula pękła jak balon? Na pewno też zdecydowanie nie chcesz.

*

M: Wyłączamy bajki?
I: Tak, bo jestem już naoglądana!

*

M: Isiu, pomożesz mi zrobić ciasto?
I: Tak! Jestem bardzo z tego powodu zachwycona! Tylko znajdę sobie śliniaczek, żebym się nie ubrudziła. Tobie też pewnie się przyda. Mamo, jaki chcesz śliniaczek? Może ten, bo tu jest bardzo piękny miś… (Wyciąga śliniak z niedźwiadkiem). Widzisz, nawet jest uśmiechnięty.

Każdy ma takie Walentynki, na jakie zasłużył

Nasze zasługi dla świata są, jak widać, wątpliwe.

Ojciec ciężko zakatarzony. Matka w trybie mombie (mum+zombie), stara się nie podłapać przeziębienia. Książniczka w nastroju jęczybułowym („jest mi smutno, bo nikt nie przychodzi i nie mam się z kim bawić” – rodzice się nie liczą przecież) i dlaczegowatym („dlaczego? dlaczego? DLACZEGO?”). Ale za to Gucio wyhodował wreszcie dwie dolne jedynki, na które czekaliśmy od półtora miesiąca. Wyglądaliśmy ich niecierpliwie bardzo, dniami i nocami. Matka głównie nocami. W końcu wyszły, a Gucio całą niedzielę był wzorcowym słodkim bobasem, turlał się spokojnie po kojcu, z zapałem waląc grzechotką o pręty, prezentując w pocie czoła wypracowane czworaki i rozkosznie wołał, że „Ga!”. Wszystko było dla niego”Ga!” dzisiaj.

W sumie Walentynki uważamy za udane.

Książniczka czyta – GRAAAAAAUUUUUUUŁRRRR

Trochę sobie ta książka postała na półce, zanim Isia do niej dorosła, ale Matka po prostu musiała ją kupić, bo Matka uwielbia ilustracje Benjamina Chauda. Chaud zilustrował m.in. serię o Pomelo, trylogię o rodzinie Aiszy, Lalo, Babo i Binty, dwie książki o Uno i Matim oraz „Żegnaj, Skarpetko” i „Wierzcie w Mikołaja” (ta ostatnia dla nieco starszych dzieci i jeszcze jej nie mamy). Wszystkie wydało moje ulubione wydawnictwo Zakamarki. Kolejne trzy książki opublikowało Wydawnictwo Dwie Siostry, w tym właśnie „Misiową piosenkę”.

Tuż przed zapadnięciem w sen zimowy mały niedźwiadek dostrzega pszczołę, a jak wiadomo, gdzie pszczoły – tam miód. Niedźwiadek porzuca bezpieczne miejsce u boku śpiącego taty, żeby ruszyć za pszczołą w pogoń, zaś Tata Niedźwiedź musi zostawić cieplutkie miejsce w gawrze, żeby z kolei gonić za synkiem. Ta podwójna gonitwa zaprowadzi ich do wielkiego miasta, na ruchliwe ulice, do zatłoczonych budynków, a w końcu… na scenę.

Mnóstwo w tej książce szczegółów, można ja naprawdę długo oglądać, a znalezienie Niedźwiadka i jego pszczoły może zająć sporo czasu nawet dorosłym czytelnikom. Na uważnych oglądaczy czekają niespodzianki, np. spomiedzy drzew wyskakują bohaterowie inej książki Chauda, czyli „Żegnaj, Skarpetko”, o, tu:

IMG_3793

Ilustrator (a zarazem Autor) to postać tej klasy, że każdą jego książkę można kupować  ciemno, wystarczy wybrać odpowiednią chwię 😉 Wydawnictwo określiło kategorię wiekową na 3+ i u nas właśnie okolice trzech latek to idealny moment na „Misiową piosenkę”.

Benjamin Chaud
Misiowa piosenka
tłum. Jadwiga Jędryas
Wydawnictwo Dwie Siostry
Warszawa 2013

Sceny z życia

Dziś rano stworzyliśmy spontaniczną instalację artystyczną na wzór Grupy Laokoona. Tłem sceny było rodzicielskie łóżko. Po lewo (w nogach) córka w ferworze leczenia pluszowej krowy – wokół rozrzucone malowniczo plastikowe, kolorowe medyczne akcesoria. Niesubordynowana krowa podskakuje w pościeli na jednej nodze, śmiejąc się iście szatańsko (podkład dźwiękowy by Isia). Po prawej (w głowie łóżka) w swoim łóżeczku, syn dochodzi do nagłego i całkiem niespodziewanego wniosku, że jest morderczo głodny i trzeba o tym natychmiast powiadomić całe osiedle, więc zaczyna wydawać z siebie dramatyczny wrzask i ronić obfite łzy, nie przestając jednakże ćwiczyć z pełnym zaangażowaniem stawania na czworakach. Pośrodku instalacji matka, w koszuli rozchełstanej na wzór Rejtana, z kubkiem gorącej herbaty w dłoniach (rzadki widok), przygwożdżona do podłoża przez kota, który potrafi mistrzowsko przyjmować formę półpłynną. Jak chce gdzieś leżeć, ale tak po kociemu CHCE, to nie ma przebacz, nie da się podnieść, bo przelewa się przez palce, a początek i koniec kota zawsze pozostają w tym samym miejscu. Matka wydaje z siebie rozpaczliwe okrzyki „Klementyna, złaź w tej chwili!”, wijąc się jak rzeczony Laokoon, ale ma gorzej, bo próbuje nie rozlać tej drogocennej herbaty.

Laocoon_Pio-Clementino_Inv1059-1064-1067.jpg

Happening w pełni – kobieta krzyczy, kot miauczy, krowa się śmieje, dziecko płacze – a gdzie jest Ojciec? Jest i Ojciec, w ramach bonusu, wypada półgoły z łazienki, radosny jak szczygiełek, ale dopiero po usłyszeniu okrzyku Matki: „Schodź natychmiast, bo muszę nakarmić krówkę!”

Kurtyna.

Podsumowanie – styczeń 2016

Pod względem literackim początek roku wypada nadzwyczaj blado. Przegrzebałam swoje wymemłane, niewyspane szare komórki, próbując przypomnieć sobie tytuły książek, które przeczytałam w styczniu i – o wstydzie – wychodzi na to, że w sumie nie przeczytałam żadnej. Nie licząc wesołych tomów o krówce Matyldzie i spółce. Żadnej powieści dla dorosłych. W grudniu zaczęłam „Muskając aksamit” Sarah Waters i nadal ją czytam, co oznacza, jak łatwo się domyślić, że książka mnie nie zachwyciła. „Złodziejkę” tej Autorki połknęłam ongiś w dni trzy. A może nawet w dwa lub jeden, bo to były te szczęśliwe bezdzietne czasy, kiedy mogłam usiąść rano do lektury i nie odrywać się do ostatniej strony. Ta powieść nie jest zła, ale jakoś nie bardzo interesuje mnie przyszłość bohaterki, więc jak mam cudem jakąś wolną chwilę, to książka przegrywa z innymi rozrywkami (zmywaniem na przykład, haha).

Przeczytałam za to poradniki, dwa, niedotyczące macierzyństwa (bo o tych będę pisać w osobnych wpisach, podsumowania miesiąca służą tylko mojej prywacie, niezwiązanej z byciem rodzicem). Oba autorstwa blogerek, ale to przypadek. Oba dotyczące mody i stylu – to nie przypadek (tak, panom już dziękujemy, zachęcamy do zerknięcia na część filmową, poniżej).

Dojrzałam wreszcie do całkowitego remanentu w szafie, bo przez ostatnie trzy lata zalęgły się w niej dziwne rzeczy. Nie, nie robactwo, ubrania jakieś takie… Mam wrażenie, że nic innego nie robiłam przez ostatnie 40 miesięcy, tylko tyłam i chudłam. Kwiecień 2013  to ok. 80 kg (tuż przed porodem), kwiecień 2014, po roku karmienia, ok. 50 kg (rozmiar XS, który nadał mi interesujący look kobiety głodzonej przez męża), a potem druga ciąża i powtórka z rozrywki, obecnie waga pikuje ostro w dół i nie wiem, jak ją powstrzymać, bo skrajnego wychudzenia chciałabym jednak uniknąć. W okresie takich skoków wagi, ze świadomością tymczasowości moich gabarytów, nie bardzo miałam chęć inwestować w garderobę i w rezultacie mój zestaw ubrań jest tak bardzo przypadkowy, że nie zasługuje nawet na określenie „zestaw” 😉 Większość w nieodpowiednim rozmiarze. W dodatku prowadzę teraz zupełnie inny tryb życia niż kilka lat temu, a śmiem wręcz twierdzić, że jestem inną osobą niż kilka lat temu, więc czuję potrzebę zdefiniowania stylu na nowo. „Modową rewolucję” zaczęłam od czytania książek na temat (w sumie wszystko w życiu zaczyna od czytania książek na temat, być może dlatego, że każdy pretekst, żeby poczytać, jest dobry…). Nadal nie doszłam do etapu drastycznych porządków we własnej szafie, bo paskudniki małe nie dają mi chwili wytchnienia, ale zapał mam olbrzymi, a po lekturach jeszcze większy nawet.

Osobom z podobnym problemem mogę spokojnie obie książki polecić, najlepiej przeczytać rzeczywiście obie, bo dobrze się uzupełniają. Autorka „Slow fashion” stawia na definiowanie własnego stylu (i doskonale podpowiada, jak to robić) w opozycji do często pojawiających się w gazetach list must-have, 10-ubrań-bez-których-nie-przeżyjesz-nawet-tygodnia itp. Nie tylko ja miałam wrażenie, że tego typu listy są pozbawione sensu, bo po prostu wcale nie są uniwersalne – nawet mała czarna nie każdemu się przyda, bo nie każdemu dobrze w czerni. Z kolei „Elementarz stylu” stawia na konkretny styl: prosty, klasyczny, elegancki, dość minimalistyczny, taki, który mnie akurat bardzo odpowiada. Obawiam się jednak nieco wysypu kobiet-klonów w sweterkach w marynarskie paski i granatowych żakietach (żart taki), więc postaram się nie kopiować zestawów zbyt wiernie. Autorka przedstawia nieszczęsne listy konkretnych zakupów, które w moim przypadku zostały ostro zmodyfikowane (byłam na szczęście już po lekturze „Slow fashion”), ale stanowiły dobrą inspirację, więc nie narzekam. Ta książka jest bogato ilustrowana zdjęciami Autorki, zresztą w ogóle jest bardzo przyjemnie wydana. Treść obu w moim przypadku okazała się bardzo pomocna, na pewno będę w najbliższym czasie do nich wracać.

 

Filmowo styczeń wypadł nieco lepiej, chociaż szaleństwa ilościowego też nie uświadczycie.

Do kina dotarłam raz (aż raz, dodajmy) na Cyrk Latających Flaków Quentina Tarantino, czyli na film „Nienawistna ósemka”, który gorąco polecam, ale tylko fanom reżysera. Reszcie na własną odpowiedzialność. Ja do tej rzeźni musiałam dorosnąć (po trzech latach zmieniania pieluch jestem mniej brzydliwa, ahaha). Żeby nie było, bardzo mi się podobało. Bardzo. Bardzo bardzo minus te flaki jednak. Mam wrażenie, że Tarantino nigdy nie przeskoczy pewnego poziomu, bo musi w każdym filmie porzucać jelitami, żeby nie rozczarować wielbicieli. Więc będzie się na tych wątpiach potykał, że tak to obrazowo ujmę… Jak wybrnąć z bardzo interesująco zagmatwanej, pulsującej napięciem, sytuacji? No, proszę państwa, nie mamy wyboru, nazwisko Tarantino zobowiązuje, broń do łapy i strzelamy…Nie ma, że jakiś niespodziewany zwrot akcji – zwrot owszem, ale jak najbardziej spodziewany przez wszystkich świadomych, na co przyszli do kina.

Ale poza tym – zdjęcia bajka, bohaterowie dopracowani w każdym calu, fenomenalnie zagrani, dialogi doskonałe, a ja jeszcze fanką westernów jestem, więc wcale się czepiać nie będę, tylko gorąco zapraszam na seans.

 

Udało nam się też obejrzeć bardzo dobry serial – na szczęście krótki, jeden sezon, siedem odcinków. (Takie czasy nastały, że człowiek się cieszy, jak dobry serial jest krótki, bo inaczej oglądałby i oglądał przez miesiąc – jeden odcinek to nam czasem dwa wieczory zajmuje, a nie każdy wieczór można poświęcić serialowi). „Tajemnice Laketop” z 2013 r., w reżyserii Jane Campion, nie wiem, jak to się stało, że wcześniej o nim nie słyszałam. Jest doskonały, a mimo standardowego punktu wyjścia (zaginięcie młodej dziewczyny), zupełnie nie przypomina innych seriali, może za sprawą nietypowego miejsca akcji, czyli małego miasta w Nowej Zelandii. Krajobrazy zapierają dech.

Detektyw Robin Griffin powraca do rodzinnego miasteczka, żeby spędzić czas z ciężko chorą matką. Jej pobyt wydłuża się jednak i zmienia cel, kiedy znika dwunastolatka o egzotycznej urodzie i imieniu, Tui Angel Mitcham. Dodajmy – ciężarna dwunastlatka i córka miejscowego bossa narkotykowego. W dodatku Robin musi się zmagać z własną pogmatwaną przeszłością, przed którą kiedyś uciekła, oraz przyciężkimi zalotami szefa policji (w tej roli Faramir z „Władcy pierścieni”). Klimat całości przypomina raczej skandynawskie kryminały niż amerykańskie thrillery, a i bohaterowie są mało typowi dla kina rodem ze Stanów – nie wszystko jest wyjaśniane od A do Z, niektóre zachowania bohaterów z dalszego planu pozostają niejasne. Choć podobno ma wyjść drugi sezon, może tam wszystko „po amerykańskiemu” dopowiedzą…

 

Dla porządku zapisuję, ze obejrzeliśmy jeszcze francuską adaptację „Pięknej i bestii”, ale nie polecam. Z francuskim kinem mi nie bardzo po drodze, a w tym filmie dramatycznie brakowało mi logiki poczynań bohaterów. Baśń baśnią, ale jednak niektóre fragmenty mnie raziły brakiem sensu. Zdjęcia malownicze, Vincent Cassel i nowa narzeczona Bonda w rolach głównych, tyle zapamiętałam.

christophe_gans__la_belle_et_la_bete_16_9_hd_wall_by_gloripeace-d6ws0kd.jpg